Jest takie słowo, które pojawia się zawsze, kiedy ktoś dowiaduje się, że piszę: wena.
„Masz dziś wenę?”
„Skąd bierzesz wenę?”
„Co robisz, kiedy wena nie przychodzi?”
I za każdym razem mam ochotę odpowiedzieć: a co, jeśli ona… w ogóle nie istnieje?
Bo im dłużej piszę, tym bardziej mam wrażenie, że wena jest jednym z tych romantycznych mitów, które świetnie brzmią, ale niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Fajnie jest wierzyć, że pisanie przychodzi falami natchnienia. Że siadasz do komputera i nagle wszystko płynie. Słowa układają się same, a historia prowadzi cię za rękę.
Tylko że prawda jest dużo mniej filmowa.
W praktyce wygląda to raczej tak: albo masz pomysł albo nie. Albo masz warsztat albo nie.
Pomysł daje kierunek. Warsztat pozwala go zrealizować.
A wena?
Wena jest gdzieś pomiędzy, jako nazwa na moment, kiedy jedno spotyka się z drugim.
Pisanie nie zaczyna się od „czuję”. Zaczyna się od „siadam i próbuję”.
Czasem wychodzi dobrze. Czasem przeciętnie.
Czasem mam ochotę zamknąć laptopa po trzech zdaniach i udawać, że nigdy nic nie napisałam. I to też jest część procesu.
Są dni, kiedy nie piszę nie dlatego, że „nie ma weny”, tylko dlatego, że jestem zmęczona.
Życiem. Ludźmi. Obowiązkami…. i presją tą z zewnątrz i tą, którą sama sobie nakładam.
Są momenty, kiedy w głowie jest tyle rzeczy, że nie ma już miejsca na historię.
Kiedy zamiast emocji jest zmęczenie i wtedy łatwo powiedzieć: „nie mam weny”.
Ale prawda jest bardziej ludzka niż literacka: czasem po prostu nie ma siły.
Pisanie potrzebuje czegoś więcej niż natchnienia, bo potrzebuje przestrzeni, czasu i głowy, która choć trochę jest spokojna oraz ciała, które nie jest na granicy wyczerpania.
Jeśli coś naprawdę lubię, czuję i chcę, znajdzie się dla tego miejsce. Nie zawsze idealne. Nie zawsze wygodne. Czasem krótkie, niedoskonałe, pomiędzy wszystkim innym.Ale wystarczające, żeby usiąść i napisać choć jedno zdanie.
Z czasem zaczęłam rozumieć, że pisanie nie jest czymś, co „się wydarza”. To coś, co się wybiera i nie wtedy, kiedy jest idealnie tylko wtedy, kiedy jest możliwie. Nie wtedy, kiedy wszystko sprzyja ale wtedy, kiedy mimo wszystko chcesz spróbować.
Wena nie jest warunkiem tworzenia.
A jeśli jednak wena istnieje… to może pojawia się dopiero wtedy, kiedy już siedzę przy biurku?
Nie jako punkt startowy ale jako nagroda za to, że jestem tu mimo wszystko.
Bo najczęściej to nie wena prowadzi do pisania, ale pisanie prowadzi do weny.
Może więc problem nie polega na tym, że wena nie przychodzi.
Może problem polega na tym, że za bardzo na nią czekamy.
A przecież czasem wystarczy usiąść, napisać jedno zdanie i pozwolić by historia płynęła dalej.