Kiedy ktoś dowiaduje się, że piszę książki o uczuciach i relacjach, bardzo często pada pytanie: „To pewnie świetnie znasz się na miłości? Powiedz proszę, co mam zrobić…”. I za każdym razem uśmiecham się trochę pod nosem, bo odpowiedź wcale nie jest taka prosta.
Nie wiem, czy naprawdę się znam. Ale z pewnością znam miłość… z wielu wersji.
Z tych pięknych i spokojnych. Z tych trudnych i pogmatwanych.
Z tych, które kończą się szybciej, niż powinny. I z tych, które trwają mimo wszystko.
Pisząc o miłości, spędzam z emocjami naprawdę dużo czasu. Analizuję je, rozkładam na czynniki pierwsze, próbuję zrozumieć, co sprawia, że dwoje ludzi się do siebie zbliża… albo oddala. Buduję sceny, w których emocje mają swój rytm.
Daję bohaterom drugie szanse, właściwe momenty i słowa, które przychodzą dokładnie wtedy, kiedy trzeba.
W świecie książek wszystko może mieć sens. Każde spojrzenie coś znaczy, cisza jest „o czymś” a trudność prowadzi do czegoś dalej.
I właśnie wtedy zaczynam rozumieć jedną bardzo ważną rzecz i trochę niewygodną jednocześnie: miłość na papierze jest logiczna, a w życiu już niekoniecznie.
W prawdziwym świecie rzadko mamy luksus zrozumienia wszystkiego od razu. Często dopiero po czasie składamy emocje w całość.
Zastanawiamy się: dlaczego ktoś odszedł, dlaczego coś się nie udało, albo przeciwnie – dlaczego coś przetrwało, mimo że wszystko wskazywało na to, że nie powinno.
Życie nie ma redakcji. Nie ma korekty dialogów. Nie ma nikogo, kto poprawi scenę i sprawi, że będzie bardziej zrozumiała.
A jednak… to nie znaczy, że jest gorsze. Bo są momenty, które w książce zajęłyby jedno zdanie, a w życiu trwają znacznie dłużej i potrafią zmienić wszystko.
Jedno spojrzenie, które nie jest spektakularne, ale zostaje z nami na długo. Rozmowa, która nie brzmi jak z powieści, ale mówi dokładnie to, co trzeba.
Decyzja, która nie jest idealna (bohater by tak nie zrobił przecież 🙂 ) ale okazuje się właściwa.
Pisanie nie nauczyło mnie, jak miłość powinna wyglądać i nie dało mi gotowych odpowiedzi. I z pewnością nie sprawiło, że wiem więcej niż inni.
Ale nauczyło mnie jednego: jak zauważać to co ważne w drobiazgach i w chwilach, które nie wyglądają jak scena z książki, ale są prawdziwe.
Może więc pisząc o miłości uczę się uważności?
Bo najważniejsze rzeczy, zarówno w życiu, jak i w książkach, bardzo często dzieją się między słowami.